Kategoria: Kinoman

Poznajcie Arthura Flecka. Na co dzień pracuje w agencji Haha, zajmującej się wynajmem klaunów do pracy przy reklamie lub na przyjęciach okolicznościowych. Pewnego dnia ktoś na ulicy go okrada, a następnie dotkliwie bije w bocznej alejce. Szef ma zamiar wkrótce go wylać, a pani doktor nie widzi żadnej poprawy w jego leczeniu. Arthur cierpi na chorobę neurologiczną, wywołującą ataki spontanicznego, choć bardzo bolesnego śmiechu. W domu czeka na niego niemal równie schorowana matka, od lat wysyłająca listy do swojego byłego pracodawcy, Thomasa Wayne, z prośbą o pomoc. Tymczasem, siedząc w fotelu, Arthur marzy o byciu wielkim komediantem i zdobyciu uznaniu ze strony ikony telewizji i gospodarza własnego show, Murraya Franklina.

„Ból i blask” rozpoczyna się od dwóch scen. W pierwszej, rozgrywającej się współcześnie, widzimy medytującego na dnie basenu Salvadora (Antonio Banderas), zupełnie odciętego od świata i dosłownie odsłaniającego swoje rany. Druga przenosi nas w przeszłość. Młody bohater wraz z matką (Penélope Cruz) wędrują przez wsie, aby dołączyć do ojca, który wyruszył do miasta celem znalezienia domu dla swojej rodziny. I chociaż są biedni, a nowe miejsce na pierwszy rzut oka przynosi rozczarowanie, mają siebie i to jest dla nich najważniejsze. Akcja filmu toczy się dalej dwutorowo, ukazując nam zmagania bohatera z własną przeszłością oraz to, co doprowadziło go do stanu, w jakim się obecnie znajduje.

Dziewiąty film Quentina Tarantino. Już na wstępie muszę przyznać, że „Pewnego razu… w Hollywood” podoba mi się dużo bardziej niż ostatnich kilka produkcji reżysera. Nie wiem, dlaczego, ale „Bękarty wojny”, „Django” i „Nienawistna ósemka” zawsze były dla mnie bardziej na jeden raz, niż do ciągłego powracania, jak to mam w przypadku chociażby „Wściekłych psów” i „Pulp Fiction”. Niemniej dostrzegam w nich porządny warsztat – po prostu nie jestem aż tak za filmami osadzonymi w czasach II wojny światowej lub na Dzikim Zachodzie. Dlatego też niezmiernie cieszę się, że Tarantino ze swoją, jak sam głosi, przedostatnią produkcją, powrócił do bardziej bliskiej nam rzeczywistości, chociaż nadal bardzo ‘tarantinowskiej’…

Jim Jarmusch to jeden z najbardziej znanych współczesnych reżyserów kina niezależnego, który raz na parę lat kręci mały film wraz z reguły powracającą obsadą. Jego poprzednie obrazy są dość wyjątkowe, bo choć trudno przyznać, by odniosły sukces komercyjny, na pewno odbiły się szerokim echem w popkulturze, zwłaszcza zebrane krótkometrażowe scenki “Kawa i papierosy”, niemalże idealne wampiry w “Tylko kochankowie przeżyją”, czy poetycki “Paterson” sprzed trzech lat. Czasem pretensjonalne, rzucające jednak w stronę widza ciekawe pytania natury egzystencjalnej. Szkoda tylko, że jego najnowszy film taki nie jest…

Wiele osób musiało przełknąć gorzką pigułkę, kiedy rok temu w kinach nie pojawił się nowy film Woody’ego Allena, łamiąc tym samym kilkuletnią, niepisaną tradycję corocznej wizyty w kinie. A stało się tak, dlatego, że produkcji towarzyszyły echa skandalu z 1992 roku związanego z reżyserem, skutkiem, czego dystrybutor, Amazon Studios, wstrzymał się z premierą, grożąc nawet jego całkowitym schowaniem do szuflady. Sprawa jednak trafiła do sądu i po krótkich przepychankach prawa ostatecznie trafiły do Allena, film zaś właśnie wchodzi do kin w Europie, Azji i Ameryce Południowej z premierą w Polsce, jako jedną z pierwszych na świecie!

Ostatnio niezmiernie cieszy mnie, że powstają kolejne produkcje filmowe skupiające się na życiu ikon i legend przemysłu muzycznego. Chociażby ostatni rok – najpierw dostaliśmy świetny “Bohemian Rhapsody”, traktujący o życiu Frediego Mercury, a teraz “Rocketman” o Eltonie Johnie. A jeśli poszpera się np. po platformach steamingowych, nietrudno znaleźć tam perełki pokroju “Brudu” na Netflixie o zespole Mötley Crüe. Właśnie te dwa filmy najlepiej pasują mi przy próbie scharakteryzowania “Rocketman” – obrazu szalonego jak “Brud”, ale o walorach produkcyjnych bardziej na poziomie “Bohemian Rhapsody”.