Kategoria: Kinoman

Dziewiąty film Quentina Tarantino. Już na wstępie muszę przyznać, że „Pewnego razu… w Hollywood” podoba mi się dużo bardziej niż ostatnich kilka produkcji reżysera. Nie wiem, dlaczego, ale „Bękarty wojny”, „Django” i „Nienawistna ósemka” zawsze były dla mnie bardziej na jeden raz, niż do ciągłego powracania, jak to mam w przypadku chociażby „Wściekłych psów” i „Pulp Fiction”. Niemniej dostrzegam w nich porządny warsztat – po prostu nie jestem aż tak za filmami osadzonymi w czasach II wojny światowej lub na Dzikim Zachodzie. Dlatego też niezmiernie cieszę się, że Tarantino ze swoją, jak sam głosi, przedostatnią produkcją, powrócił do bardziej bliskiej nam rzeczywistości, chociaż nadal bardzo ‘tarantinowskiej’…

Jim Jarmusch to jeden z najbardziej znanych współczesnych reżyserów kina niezależnego, który raz na parę lat kręci mały film wraz z reguły powracającą obsadą. Jego poprzednie obrazy są dość wyjątkowe, bo choć trudno przyznać, by odniosły sukces komercyjny, na pewno odbiły się szerokim echem w popkulturze, zwłaszcza zebrane krótkometrażowe scenki “Kawa i papierosy”, niemalże idealne wampiry w “Tylko kochankowie przeżyją”, czy poetycki “Paterson” sprzed trzech lat. Czasem pretensjonalne, rzucające jednak w stronę widza ciekawe pytania natury egzystencjalnej. Szkoda tylko, że jego najnowszy film taki nie jest…

Wiele osób musiało przełknąć gorzką pigułkę, kiedy rok temu w kinach nie pojawił się nowy film Woody’ego Allena, łamiąc tym samym kilkuletnią, niepisaną tradycję corocznej wizyty w kinie. A stało się tak, dlatego, że produkcji towarzyszyły echa skandalu z 1992 roku związanego z reżyserem, skutkiem, czego dystrybutor, Amazon Studios, wstrzymał się z premierą, grożąc nawet jego całkowitym schowaniem do szuflady. Sprawa jednak trafiła do sądu i po krótkich przepychankach prawa ostatecznie trafiły do Allena, film zaś właśnie wchodzi do kin w Europie, Azji i Ameryce Południowej z premierą w Polsce, jako jedną z pierwszych na świecie!

Ostatnio niezmiernie cieszy mnie, że powstają kolejne produkcje filmowe skupiające się na życiu ikon i legend przemysłu muzycznego. Chociażby ostatni rok – najpierw dostaliśmy świetny “Bohemian Rhapsody”, traktujący o życiu Frediego Mercury, a teraz “Rocketman” o Eltonie Johnie. A jeśli poszpera się np. po platformach steamingowych, nietrudno znaleźć tam perełki pokroju “Brudu” na Netflixie o zespole Mötley Crüe. Właśnie te dwa filmy najlepiej pasują mi przy próbie scharakteryzowania “Rocketman” – obrazu szalonego jak “Brud”, ale o walorach produkcyjnych bardziej na poziomie “Bohemian Rhapsody”.