Robert Fiszer banner
Radom Pogoda

Wygrał ten, kto bardziej chciał! [KOMENTARZ]

Zwycięstwem zakończył ligowe granie w 2019 roku Radomiak Radom. Podopieczni Dariusza Banasika rozochocili podniebienie kibiców, bowiem wreszcie zagrali tak, jak oczekiwaliby tego fani radomskiego klubu. Dzisiaj m.in. o tym, kto grał na fortepianie, dlaczego trener jest ewenementem i do jakich metod uciekał się przed meczem?

Ponoć prawdziwych mężczyzn poznaje się po tym, jak kończą, a nie jak zaczynają. Piłkarze Radomiaka Radom test zdali wzorowo, bo jak wiemy, rozgrywki zaczęli od mocnego uderzenia i równie dosadnie je zakończyli, mimo iż w ostatnim czasie borykali się z wieloma boiskowymi problemami.

Te w niedzielę w żaden sposób nie przeszkodziły, bo od pierwszego gwizdka podopieczni Dariusza Banasika ruszyli z bardzo prostą intencją – jak najszybciej napocząć i jak najszybciej skończyć z rywalem. Chylę czoła przed umiejętnościami – jak to się ładnie mówi – mądrego zarządzania zasobami ludzkimi. Po chłopsku chodzi po prostu o to, że Banasik ma taką rzadką wśród polskich szkoleniowców zdolność sprawienia, by zawodnikowi się chciało. W momentach, w których ciśnienie sięga zenitu, on potrafi zabrać zawodników do kina (przed decydującym o awansie meczem z Siarką Tarnobrzeg) albo magicznie sprawić, by ci na boisku byli zdolni kłaść trupem każdego przeciwnika.

Tak też wyglądał w meczu z GKS-em Bełchatów Radomiak. Tym razem Banasik wpadł na pomysł afirmacji. Wymyślił sobie hasło: „Wygra ten, kto chce bardziej”. Stado owieczek posłuszne swojemu pasterzowi momentalnie łyknęło jego ideę i od pierwszego gwizdka ruszyło do przodu. Z pełnym zaufaniem, z klapkami na oczach, jakby mieli pewność, że ten plan się powiedzie. Naprawdę, dawno nie widziałem tak zdeterminowanego i skoncentrowanego Radomiaka, który mecz wygrał już chyba w tunelu. Na poziomie mentalnym. Pełna dominacja i kontrola doprowadziła do tego, że „Brunatni” nie stworzyli sobie tak naprawdę nawet pół dobrej sytuacji.

A te pół dobrej sytuacji wystarczyło Radomiakowi, by wbić pierwszą szablę w ciało rywala. Mateusz Michalski z gracją minął defensora gości i uderzył tak, że po 240 sekundach meczu bramkarz gości szukał piłki w sieci. To też w ogóle kolejny majstersztyk trenerski. Po pierwsze sztuka wpaść na pomysł, by ten Michalski zagrał na pozycji numer osiem. Ostatecznie zagrał i był raczej tym, który na fortepianie grał, a nie go wnosił. Po drugie, byłem na piątkowym treningu. Nie, żeby to był majstersztyk trenerski. Chwilka. Chodzi o to, że w piątek, mówiąc kolokwialnie, drużyna „łupała” przez połowę zajęć grę w ataku pozycyjnym. Założenia? Proste, zejść ze skrzydła do środka i tam szukać swoich okazji. No i tam je w sumie znalazła, bo w podobnych sytuacjach do Michalskiego pudłował m.in. Leandro czy Patryk Mikita.

Ten mecz to zresztą powtórka z sierpniowego spotkania pomiędzy obiema ekipami w Bełchatowie. I tu i tam gospodarze wypunktowali gości po przejęciu kontroli nad środkową strefą boiska. Ta tym razem padła łupem radomian, którzy grali odpowiedzialnie i mądrze – szczelnie w destrukcji i skutecznie w ofensywie. Sytuacji na podwyższenie prowadzenia było co niemiara, choć do szczęścia wystarczy mieć jedną więcej niż przeciwnik.

W drodze do pełnej satysfakcji trzeba być jednak bardziej skutecznym. Mówi się, że apetyt rośnie w miarę jedzenie. Stąd pewnie ten niedosyt czwartym miejscem, którego przed sezonem nie powstydziłby się żaden kibic. Dzisiaj trochę kręcimy nosem i mówimy, że mogło być lepiej. Bo mogło, ale nie musiało. Możemy zasłużenie poklepać się po plecach a od stycznia pracować dalej.

Jest przede wszystkim nad czym. Ta runda oprócz fajnego wyniku i wszystkiego, co się z nim wiąże, w pierwszej kolejności stanowi bezcenną wartość szkoleniową. Jesteśmy mocni, bo znamy swoje słabości. Wiemy, że z braku laku może zagrać Pietrzyk, ale to tykająca bomba i lepiej, gdybyśmy zimą pokusili się o młodzieżowca, który gra, bo na to zasługuje, a nie dlatego, że nie ma innej alternatywy. Niemniej śmiało możemy chodzić z podniesioną głową i wierzyć w projekt znamienitego architekta. Kapitalny to był rok. Nie zapomnimy go nigdy. Chapeau bas!

MACIEJ ŁAWRYNOWICZ

Podziel się z innymi

O autorze

Maciej Ławrynowicz

Tytuł REKLAMA

REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA

Na naszej stronie internetowej stosujemy pliki cookies. Korzystając z naszech serwisów internetowych bez zmiany ustawień przeglądarki wyrażasz zgodę na stosowanie plików cookies zgodnie z Polityką prywatności. więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close